“Solenoid” Cartarescu to książka wybitna, którą można czytać także jako opowieść o zetknięciu/stykaniu się z wybitnością. Jak rozumiem ową wybitność?
Wybitność rozumiem nie jako najwyższą pozycję w hierarchii twórców (obiektywną, niezbywalną), która została osiągnięta dzięki wybiciu się ponad innych, ale jako rodzaj znaczącej anomalii, jako coś, czego nie można zignorować, jak denerwujące wybrzuszenie na gładkiej powierzchni – a więc niekoniecznie jako coś obiektywnie lepszego od tego, co tworzą inni.
Myślę o wybitności także przez pryzmat tego, co pisał o niej w “Dziennikach” Witold Gombrowicz: “Pisanie nie jest niczym innym, tylko walką, jaką toczy artysta z ludźmi o własną wybitność”.
Pisarz walczy o wybitność, bo ludzie (ci z cytatu Gombrowicza) i rzeczywistość (np. rynku książki – zobacz felieton Weroniki Gogoli) preferują raczej to, co znane, oswojone, konwencjonalne, a więc gładkie. Wybrzuszenia powierzchni natomiast lepiej jest wyprasować, wypolerować, ugładzić – i tak się dzieje, nawet najbardziej awangardowe gesty trafiają po jakimś czasie do mainstreamu, powszednieją, zostają wykorzystane przez rynek. Tak działa „spisek normalności”, o którym na tylnej stronie okładki „Solenoidu” przypomina wydawca. Artysta musi więc stale walczyć o wybitność – tworząc kolejne anomalnie, wybrzuszenia na polerowanych powierzchniach. Wybitność osiąga się więc raczej na chwilę, bo nie da się „walczyć” cały czas. Owa walka prowadzona jest „z ludźmi”, którym należy pokazać (uzmysłowić?) swoją wybitność – nie ma przecież jakieś obiektywnej instancji, która mogłaby pisarzowi przybić stempel wybitności ważny bezterminowo.
W tym znaczeniu „Solenoid” jest według mnie dziełem wybitnym.
Antypowieść i manifest surrealizmu
Narrator „Solenoidu” i jego główny bohater nazywa snutą przez siebie historię antypowieścią – a więc od początku prowadzi nas pod włos. Nie może być inaczej. „Solenoid” to surrealizm w najpełniejszym wydaniu. Książka jest napisana tak, jakby Cartarescu realizował punkt po punkcie założenia przedstawione w pierwszym manifeście surrealistycznym w 1924 roku – na początku musi być bunt i niby-powieść. A potem?
Po pierwsze, idąc za wskazówkami z 1924 roku, autor surrealistyczny „musi wrócić do lat dzieciństwa”, pisał Andre Breton w manifeście i Cartarescu wraca: jego bohater grzebie w pępku (jakże trafna metafora!) i wyciąga z niego jakiś sznurek, który jest początkiem opowieści o dzieciństwie.
Po drugie, Breton wierzył, że „tak przeciwstawne sobie stany, jak sen i jawa, w przyszłości stopią się w pewnego rodzaju rzeczywistość absolutną, w nadrealność”, a Cartarescu rzeczywiście stapia je w książce, dzięki czemu zdarzenia jawy i snu mają to samo znaczenie, są sobie równorzędne.
Po co jest taki manewr? Aby, po trzecie, „rozstroić umysł, to znaczy sprowadzić go z prostej drogi”, bo „umysł zanurzony w surrealizmie przeżywa w uniesieniu najlepszą część swojego dzieciństwa”, a dzieciństwo, jak pisał Breton, być może najbardziej zbliża do „prawdziwego życia”. „To tak jakby się jeszcze ciągle szukało zbawienia albo zguby” – czytamy w manifeście.
Brzmi pretensjonalnie? Ach, nie szkodzi. Przecież “każdy artysta musi być pretensjonalny (gdyż pretenduje na cokół pomnika) ale że, zarazem, ukrywanie tych pretensji jest błędem stylu” – pisał w „Dzienniku” Gombrowicz. Breton pisał w manifeście: „Każdy środek jest dobry, byleby tylko wydobywał z pewnych skojarzeń pożądaną gwałtowność”.
Narrator „Solenoidu” deklaruj: „Chcę pisać nie jak pisarz, jakkolwiek byłby genialny, ale tak, jak grał Jefimow, z niezamierzoną dumą i wzniosłą niedoskonałością”. Albo: „Wiedziałem, że prawdziwie można pisać jedynie Biblie, jedynie Ewangelie”. I sam, przynajmniej na chwilę, staje się ewangelistą, kiedy rusza do świata świerzbowców, żeby tym prymitywnym stworzeniom pokazać nowy wymiar istnienia.
Polecam przeczytać cały pierwszy manifest surrealistyczny i odszukać kolejne postulaty, z których skorzystał w „Solenoidzie” Cartarescu, żeby wskazać nam palcem nowy wymiar, bo właśnie o to pokazywanie nowego/innego wymiaru chodzi w książce rumuńskiego pisarza – albo chociaż o danie znać, że ów wymiar istnieje.
Cartarescu używa w „Solenoidzie” kilku sposobów, żeby rozstroić nasz umysł, żeby w duchu surrealistycznym sprowadzić go z prostej drogi, żebyśmy zobaczyli, że można patrzeć i widzieć inaczej – albo przynajmniej, żebyśmy „zaczerpnęli powietrza z innego świata” (str. 259). Co konkretnie robi?
Rozstrajacze umysłu
Po pierwsze, zagmatwana fabuła, w której sceny realistyczne przechodzą niepostrzeżenie w surrealistyczne obrazy, w której skaczemy między różnymi czasami – okresami z życia głównego bohatera – w której zmienimy miejsca akcji. Do tego dochodzą wątki poboczne, rozbudowane historie bohaterów drugo i trzecioplanowych. Dzięki tej migotliwej i często meandrującej fabule, kiedy rozpoczynamy czytanie rozdziału, nigdy nie wiemy, gdzie skończymy.
Po drugie, elementy ze świata nauki, które Cartarescu wplata do fabuły jako symbole lub metafory. Nie jest ich zbyt wiele, ale są one bardzo ważne, do tego stopnia, że pokuszę się o stwierdzenie, że ta książka jest zbudowana na rusztowaniu z surrealizmu i nauki. To też zagranie w duchu surrealistycznym – aby łączyć elementy pozornie ze sobą niespójne. Pozornie! Bo w „Solenoidzie” nauka gra do tej samej bramki, co surrealizm.
Cartarescu bierze elementy ze świata nauki i za ich pomocą także stara się „rozstroić umysł” czytelników i czytelniczek.
Spójrzmy na czterowymiarowy tesserakt, czyli hipersześcian, który pojawia się jako jeden z najciekawszych elementów. To figura geometryczna, którą trudno sobie wyobrazić. Jest rozwinięciem sześcianu w kolejny wymiar. Trudność z wyobrażeniem sobie tej figury, a także ze zrozumieniem czwartego wymiaru, daje pojęcie o tym, jak ograniczony jest nasz umysł. Niemożność wyobrażenia natomiast, zdaje się mówić Cartarescu, skazuje nas na siedzenie w klatce, albo na smyczy (podobny problem z wyobraźnią Tomasz Bąk ilustrował w „Fiszkach” używając sformułowania „usmyczenie wyobraźni”).
Jako ćwiczenie z wyobraźni świetnie sprawdza się też wątek dwu i trzywymiarowego świata. Cartarescu tłumaczy różnice między dwoma i trzema wymiarami tak, jakby przepisywał podręcznik do fizyki, a potem obrazuje ten dwu i trzywymiarowy wątek – już literacko, metaforycznie – wizytą głównego bohatera w świecie świerzbowców.
Pojawia się też długość Plancka (najmniejsza fizyczna odległość), kwarki, bozony i fermiony, a więc także świat fizyki kwantowej razem z – jeśli dobrze to odczytuję – nawiązaniem do teorii strun. Jest to świat fizyczny, jak najbardziej realny, a jednak dziwny, trudny do wyobrażenia, nieintuicyjny, wręcz surrealistyczny.
Nie zapominajmy też o tytułowym solenoidzie, a więc także obiekcie ze świata fizyki, któremu Cartarescu nadaje wyjątkową moc.
Wszystkie te elementy Cartarescu łączy ze swoją surrealistyczną wyobraźnią, żeby przesunąć nasze myślenie „w kierunku czegoś, co nie dotyczyło już rozumienia ani rozumu, lecz swego rodzaju lewitacji umysłu ponad samym sobą” (str. 542). I dobrze, bo nie chodzi tu o żadne przesuwanie się w stronę ezoteryki, ale o próbę pokazania perspektywy, czy też perspektyw wyższego rzędu, poziomu meta. W takie właśnie rejony powinna nas prowadzić dobra – wybitna – literatura.
Skoncentrowany na sobie
Owe nieoczywiste połączenia – świata nauki i surrealizmu, wątków realistycznych (quasi-autobiograficznych) i całkowicie zmyślonych, skoki czasów, miejsc i próby przeskoków między wymiarami – tworzą trudną do przełknięcia dla wielu czytelników mieszankę, zgrzytliwą, męczącą. Jej centrum stanowi mężczyzna, który „kładzie się na kozetce. Przybywa ze świata, którym władają bóstwa paranoi, schizofrenii i depresji” – jak napisała Kinga Dunin. Ów mężczyzna jest wg Dunin „narcystycznie skoncentrowany na sobie” i „opowiada swoje sny, konfabulacje, halucynacje”.
Uważam, że żeby być wybitnym, nie może być inny. Musi być nie tylko skoncentrowany na sobie, musi też pisać dla siebie, przede wszystkim dla siebie, tylko dla siebie, nie myśląc o czytelnikach i czytelniczkach, nie licząc na laury. Tylko wtedy ma szanse bez strachu wniknąć w siebie i odkryć „słowa, które nigdy nie zostały mu podyktowane ani włożone w usta” (str. 386) – a więc myśli, idee nieskażone (czy tak się da?) schematyzmem, powszedniością świata zewnętrznego.
Konfrontacja
Opowiadanie snów, konfabulacji i halucynacji, sięganie do swoich, o którym pisze Dunin, a które przypomina jej kładzenie się na kozetce, to w gruncie rzeczy metoda pisania zarówno surrealistów, jak i Gombrowicza oraz Kafki. Pisałem o tym jakiś czas temu. To właśnie taki sposób pisania daje możliwość wydobycie najcenniejszych odkryć, które do czasu ich odnalezienia, należały tylko do nas, a precyzyjniej do naszej podświadomości. Tylko sięgając do głębi siebie – w sensie psychologicznym – za sprawą introspekcji, uzyskując głęboki wgląd w swoje myśli, pisarz ma szansę odnaleźć swój niepowtarzalny (wybitny) głos.
Ale, jak mówi narrator „Solenoidu”, „najnędzniejszy los na tej ziemi przypada temu, kto używa własnego umysłu i własnego głosu”. I tu dochodzimy do konfrontacji gombrowiczowskich „ludzi” z „wybitnością”.
Cartarescu kilkukrotnie pokazuje, jak wybitność ponosi porażkę w zetknięciu z normalnością, rzeczywistością, „ludźmi”. Młody poeta zostaje wyśmiany, a mesjasz świerzbowców niezrozumiały, bo jego ewangelia została przełożona „nie z jednego języka na drugi, ale z jednego świata na drugi”. (Nie)pisarz natomiast musi (chce?) spalić rękopis swojej anty-powieści. Wybitność jest więc krótkotrwałą anomalią rzeczywistości.
Narrator po nie udanej misji mesjasza świerzbowców stwierdza zgorzkniały: „(…) miałem nadzieję, że determinizm naszego świata nie jest aż tak sztywny, że możliwe są wibracje i rewibracje, które mogłyby zmienić historię, przeznaczenie, choćby tylko stopniowo, z jakimś drobnym odchyleniem na każdym rozdrożu. Bo to straszne być zamrożonym w bloku ostatecznego świata, który płynie jak książka od pierwszej do ostatniej strony, a jej bohaterowie nie mogą powiedzieć ani zrobić niczego, poza tym, co zostało zapisane (co zostało im zapisane) raz na zawsze”.
Być może największym naszym sukcesem będzie to, że zrozumiemy naszą sytuację w zdeterminowanym świecie, że zrozumiemy, że choć wszystko rozumiemy, to nie możemy nic zrobić (patrz. Str. 661)?










