Czytanie kolektywne – od kontemplacji do uczestnictwa

Zostałem zaproszony przez Biuro Literackie do zabrania głosu debacie „Granice literatury”. Z tej okazji powstał artykuł, do którego przeczytania was zachęcam.

Cały tekst można znaleźć na stronie biura – tutaj. A poniżej krótki fragment:

Babcia Krysia, rocznik 1940, opowiadała mi o swojej nauczycielce z wiejskiej, podzamojskiej podstawówki – pani Wolskiej – która w czasie lekcji, żeby być bliżej dzieci, siadała na pierwszej ławce, a potem opierała but o najbliższe krzesełko i zaczynała czytać na głos książkę – jedyny dostępny w okolic egzemplarz szkolnej lektury. „Po wojnie wsie były gołe” – mówiła babcia. „Deprywacja materialna dużych grup ludności” – pisał wiele lat później Marcin Zaremba w książce Wielka trwoga. Dlatego książki często czytano wspólnie, na głos – przerywając czasem czytanie, żeby podzielić się wrażeniami, skomentować rozwój fabuły.

Scena opisywana przez moją babcię nie jest jedynie świadectwem powojennej biedy ani anegdotą z historii edukacji. Jest przypomnieniem, że czytanie przez większą część swojej historii było czynnością wspólną, głośną i afektywną, a samotna, cicha lektura – dziś uznawana za normę – jest raczej wyjątkiem niż regułą.

Przyzwyczailiśmy się do obrazu czytelnika samotnego: pochylonego nad książką, wyciszonego, skupionego. Tymczasem taki model lektury wyłonił się wraz z pojawieniem się masowego druku i związanym z nim łatwiejszym dostępem do książek.

Nigdy jednak czytanie jako czynność indywidualna, nie wyparło całkowicie czytania kolektywnego, które trwało chyba najsilniej w świecie najmłodszych czytelników i czytelniczek, dzięki głośnemu czytaniu w przedszkolach, szkołach i rodzinach. Wspólne czytanie książek (przez dorosłych) i przeżywanie historii (razem z nimi) było dla większości z nas pierwszym zetknięciem ze słowem pisanym.

Przeczytaj również

Zapisz się na mój newsletter

* pole wymagane

Intuit Mailchimp