Dwa lata temu minęło pół wieku od premiery „Tęczy grawitacji”, która w Stanach Zjednoczonych pojawiła się w 1973 roku.
Z okazji tej rocznicy „Los Angeles Review of Books” opublikował artykuł, w którym profesor M. Keith Booker pisał, że w 2023 roku powieść Thomasa Pynchona „nigdy nie wydawała się bardziej aktualna”. W tym samym czasie magazyn „Wired” podsumował, że świat przedstawiony przez Pynchona pięćdziesiąt lat temu „wydaje się [dziś] niepokojąco współczesny”.
Pytanie o aktualność książki zadają sobie zapewne polscy czytelnicy i polskie czytelniczki przy okazji nowego wydania „Tęczy…”, które zaserwowało nam we wrześniu wydawnictwo ArtRage.
Zanim jednak postaram się odpowiedzieć na to pytanie, chciałbym zwrócić uwagę na nowe słowo, które niedawno wprowadziłem do swojego słownika: eerietacja.
Niepewność poznawcza
Eerietacja to uczucie rozdrażnienia i zakłopotania, pojawiające się w zetknięciu z czymś dziwnym, osobliwym, dziwacznym (ang. eerie), czego nie potrafimy zrozumieć, co nie daje się zamknąć w prostych definicjach – z czymś, co nie pozwala zrealizować potrzeby domknięcia poznawczego. Czym jest domknięcie poznawcze? To posiadanie jasnego i pewnego wyjaśnienia rzeczywistość. Jeśli potrafimy sobie coś wyjaśnić, redukujemy poczucia niepewności poznawczej – a my z natury nie lubimy (nasze mózgi nie lubią) mieć niepewności poznawczej. Niepewność prowadzi do eerietacji.
Eerietacja to uczucie, które pojawia się podczas czytania „Tęczy Grawitacji” Thomasa Pynchona – to w końcu 850 stron przeróżnych historii splecionych ze sobą w wielki supeł, którego struktura nie odsłania się od razu. Nie wystarczy jednorazowa lektura, żeby odnaleźć się w gąszczu wątków, mnogości postaci, skokach miejsc i czasów akcji oraz realistycznych scenach przechodzących nie raz w groteskowe surrealistyczne obrazy.
W marcu 1973 roku tak o „Tęczy…” pisał recenzent “The New York Times Book Review” Richard Locke: „struktura [książki] zostaje napięta aż do granic wytrzymałości. Lektura bywa głęboko irytująca; książka jest zbyt długa i gęsta; mimo ogromu błyskotliwych szczegółów i wielkich tematów, dominującym uczuciem w ostatnich stu–dwustu stronach jest narastający niepokój, zmęczenie i frustracja. Książka nie sprawia wrażenia spójnej (w oryginalne: The book doesn’t feel „together”)”.
Jaką postawę przybrać wobec takiej książki? Takiej, która poprzez formę i treść nie ułatwia, a wręcz utrudnia (skonwencjonalizowany) odbiór.
Dwie powieści
Utrudnienie odczytuję w „Tęczy…”, jako świadomy chwyt Pynchona, pogłębiający doświadczenie, które kilka lat wcześniej ten amerykański autor zaserwował czytelnikom w powieści „49 idzie pod młotek”. Przypomnę tylko: premiera „49…” to rok 1966, „Tęczy…” natomiast 1973.
Główna bohaterka „49 idzie pod młotek” Edypa Maas, wyznaczona na wykonawczynię testamentu jej byłego kochanka, zostaje wciągnięta w dziwne, chaotyczne śledztwo, za sprawą którego jeździ po Stanach Zjednoczonych, spotyka osobliwych ludzi, doświadczając różnych przygód, które odsłaniają przed nią sieć ukrytych powiązań i znaczeń.
W „Tęczy grawitacji” natomiast główny bohater Tyrone Slothrop prowadzi inne poszukiwania – jeszcze dziwniejsze i bardziej chaotyczne – dotyczące tajemniczej rakiety i urządzenia S-Gerät. Trafia w różne miejsca na kontynencie europejskim, gdzie ledwie skończyła się II wojna światowa, pchany obsesją lub ścigany przez paranoję przenosi się z miejsca na miejsce, by wreszcie rozmyć się gdzieś w Strefie, czyli na bliżej nieokreślonym terytorium – pogorzelisku bez struktury i sprawiedliwej władzy – obszarze tkwiącym w niekończącym się momencie przejścia między wojną a pokojem.
Efekty poszukiwań Slothropa i Maas pozostawiają – zarówno w samych bohaterach, jak i w czytelnikach i czytelniczkach – niepewność. To, co zostało (ledwie) odkryte, budzi wątpliwości, niczego nie porządkuje, a do tego zieje absurdem. Zdaje się, że oboje grali w grę o niejasnych zasadach – niejasnych do tego stopnia, że sami zostali przez kogoś rozegrani.
Edypa Maas lepiej poradziła sobie paranoją, jakiej przyszło stawić jej czoła. W końcowej scenie, kiedy 49 rzeczywiście idzie pod młotek, Edypa zjawia się na sali, siada w ostatnich rzędach i wpatrując się w męskie karki, zastanawia się, kto jest jej wrogiem, celem lub dowodem prawdy. Pewien mężczyzna zwraca się do niej: „Zaskoczyło mnie, że jednak przyszłaś”. Pojawienie się Edypy na licytacji, odczytuję jako dowód siły i niezłomności – to działanie świadome i proaktywne, zaznaczające jej podmiotowość, jak gdyby Pynchon chciał pokazać, że istnieje nadzieja, że da się stawić czoła (absurdalnej) rzeczywistości.
Slothropa potraktował Pynchon o wiele okrutniej – ten amerykański żołnierz zmienia swoją tożsamość, udaje brytyjskiego dziennikarza, następnie przemienia się w Rocketmana, a później występuje w przebraniu świni, by w końcu niepostrzeżenie zniknąć, zostawiając czytających z marnym pocieszeniem, jakim jest piosenka. Eerietujące.
Udziwniona forma
W „Tęczy…” Pynchon obchodzi się okrutniej także z czytelnikami i czytelniczkami. Po pierwsze, serwuje nam powieść na 850 stron („49…” to ledwie 190 stron i to większą czcionką!), mnoży postacie, wątki, zmienia miejsca i czas akcji, a do tego myli tropy za sprawą fragmentarycznej narracji, w której realistyczne opisy płynnie przechodzą w groteskowe, surrealistyczne obrazy.
Ten zestaw operacji i technik – jednocześnie eerietujących, jak i widowiskowych – prowadzi do wydłużenia czasu odbioru obszernej książki. Utrudniona, czy też udziwniona, forma wymaga od czytających większego skupienia niż zwykle, być może zwolnienia, wczytywania się w niektóre fragmenty kilka razy. Ale to nie koniec. Bo tak naprawdę jednorazowa lektura całej książki jest niewystarczająca – po pierwszym razie czuje się raczej konieczność ponownej lektury. Nic lepszego nie mogłoby nam się przytrafić!
Przeciw logice rynku
Konieczność ponownej lektury jest w „Tęczę…” od początku wkodowana. Lektura ponowna – pisał na trzy lata przed publikacją „Tęczy…” francuski filozof Roland Barthes – „to działanie sprzeczne z handlowymi i ideologicznymi zwyczajami naszego społeczeństwa, które nakazuje porzucić historię od razu, gdy tylko zostanie ona skonsumowana”, by przejść do innej historii, kupić nową książkę.
W tym sensie każda ponowna lektura jest gestem sprzeciwu wobec logiki zysku, wydajności i kontroli. Z punktu widzenia rynku (ponownie) zawiesza naszą dostępność dla obszaru zarobkowania – zwłaszcza w sferze kapitalizmu cyfrowego, gdzie za sprawą naszych telefonów nieustannie dajemy na sobie zarabiać, np. dostarczając platformom darmowych treści w formie zdjęć i postów, komentując, godząc się na śledzenie każdego ruchu.
Przełamanie skonwencjonalizowanych form odbioru
Nie bez powodu przywołałem tu słowa Barthesa o ponownej lekturze. Natknąłem się na nie w posłowiu do innego wielkiego (także objętościowo – 1132 strony) dzieła – „Niewyczerpanego żartu” Davida Fostera Wallace’a (Warszawa, 2022).
„Niewyczerpany żart” i „Tęcza grawitacji” to książki pokrewne. Po pierwsze, dlatego że Wallace przyznawał się do inspiracji Pynchonem. Po drugie, obie powstały przy użyciu podobnych mechanizmów narracyjnych. „Wallace celowo mnoży ślepe zaułki narracji i myli tropy lektury: nie chce, żeby czytelnik szedł na łatwiznę” – czytamy w posłowiu Jolanty Kozak do „Niewyczerpanego żartu”.
Nieułatwianie, czy też utrudnianie lektury, nie jest bezzasadną zagrywką stosowaną przez Pynchona, Wallace’a oraz wielu innych autorów i autorek awangardowych czy postmodernistycznych. Konieczność większego skupienia, zwolnienia, wczytywania się w niektóre fragmenty kilka razy, a przede wszystkim konfrontacja z pogmatwaną, udziwnioną konstelacją historii, wątków i pojedynczych obrazów tworzą warunki do innego (świeższego? nowego?) widzenia rzeczywistości – widzenia, które ma szansę rzucić wyzwanie dobrze znanym kategoriom poznawczym i schematom myślenia. W konsekwencji przełamanie skonwencjonalizowanych form odbioru, może więc także doprowadzić do uformowania się nowych postaw, czy też nowych form bycia. Eerietacja, czy też ów ferment, który zasiewa, ma szansę być początkiem zmiany – zmiany tej parszywej rzeczywistości, bo to przecież ona jest dziś o wiele bardziej eerietująca od jakiejkolwiek książki. Prawda?
Napisana pięćdziesiąt lat temu „Tęcza grawitacji” jest więc nadal książką na nasze czasy – czasy późnego kapitalizmu i dominacji gospodarki neoliberalnej, gdzie, jak zauważał Mark Fisher, kultura ugrzęzła w repetytywności, i gdzie stawia się raczej na przyjemność, którą daje obcowanie z formami konwencjonalnymi, czyli tymi, które z racji tego, że dobrze je znamy, łatwo nam połknąć.










