• Czytanie i pisanie

    Nie żyje Grzegorz Pawłowski/Jakub Hersz Griner

    Wczoraj zmarł Grzegorz Pawłowski/Jakub Hersz Griner. Ocaleniec z Zagłady. Jeden z bohaterów mojej książki. Urodził się w 1931 roku w rodzinie Żydów w Zamościu. Jego ojciec zginął w zamojskim getcie. Matka i siostry zostały zamordowane na cmentarzu żydowskim w Izbicy. Jakubowi Herszowi udało się uciec z łapanki. Przeżył wojnę dzięki pomocy wielu ludzi i pomimo odmów pomocy ze strony innych. Po wojnie przyjął chrzest i został katolickim księdzem. W 1970 roku wyjechał do Izraela, gdzie pracował i zmarł.


    Jego historię opisuję w książce w rozdziale „Historia dobra do gazety”. W skróconej wersji możecie ją przeczytać na stronie Tygodnik Powszechny tutaj: https://www.tygodnikpowszechny.pl/ty-bedziesz-zolnierzem…


    Grzegorz Pawłowski chciał być pochowany na cmentarzu żydowskim w Izbicy. Obok matki i sióstr. Na cmentarzu wiele lat temu postawił pomnik przypominający o zamordowanych tam Żydach (to ten na zdjęciu, który przypomina trochę piramidę). Przygotował sobie także grób. Na nagrobku napis: „Opuściłem najbliższych w obliczu Zagłady, aby ratować swe życie. Oddałem je w służbie Bogu i ludziom. Powróciłem na miejsce ich męczeńskiej śmierci”.


    Kiedy rozmawiałem z księdzem Pawłowskim w Tel Awiwie w lutym 2020 roku w pokoju obok biblioteki polskiej, którą prowadził przez lata, powiedział: – Postawiłem (…) pomnik, dla siebie, bo chcę być pochowany obok matki. Nikt by mi go jako księdzu nie wybudował, a taka jest moja wola. To jest matka! Nie mogłem tam postawić krzyża, więc na płycie jest kosz z chlebem i dwie ryby. Jak Żyd patrzy, to nie bardzo wie, co to oznacza. A jak chrześcijanin, to wie. Takie wizerunki są nawet na tabernakulach jako symbol Najświętszego Sakramentu. Być może ktoś powiedział: „Cmentarz żydowski! Kto to widział?”, ale co mnie to obchodzi? Matka tam jest pochowana, Żydówka. Nie zrywam więzi z matką i ojcem, nie zrywam więzi z narodem. To, co mogłem żydowskiego zachować, do dziś zachowuję. Na przykład w Sądny Dzień trzeba pościć, więc i ja poszczę, żeby się łączyć z matką, z rodziną. W święto Paschy Żydzi jedzą macę. Ja też jem. Nikt mi nie może zabronić jedzenia macy. Jeżeli chcę być pochowany obok matki, to to jest moja wola. Nikogo nie pytam o zdanie. I nawet rabin przyjedzie na mój pogrzeb, żeby kadysz powiedzieć.


    – Ma to już ksiądz zaplanowane? – zapytałem.


    – I może nawet zostawię pieniądze księdzu Mirkowi, żeby obiad wydał dla księży – śmieje się. – Wypada, tak jest przyjęte.

  • Czytanie i pisanie

    Po co dziś pisać o Zagładzie?

    Po co dziś pisać o Zagładzie? Kilkukrotnie na spotkaniach autorskich o „Izbicy, Izbicy” pojawiło się to pytanie. Ostatnio temat ten poruszyła Żydoteka. Zerknijcie tam, bo na profilu Uli Rybickiej przeczytacie o nim z innej perspektywy niż tej, którą chce wam przedstawić.

    Kiedy ktoś pyta mnie, po co dziś pisać o Zagładzie, to – po pierwsze – odpowiadam za Hanną Krall: żeby przestraszyć. Dla mnie pisanie o Zagładzie, czy wojnie, jest sposobem, żeby w najbardziej wyrazisty sposób pokazać człowiekowi człowieka, jego potencjał dobra i zła, który w każdym człowieku drzemie. Rzeczywistość wojenna jest często zerojedynkowa, tzn. każe podejmować decyzje, z których każda ma swoje konsekwencje – rodzi rozwiązanie, ale jednocześnie niesie jakąś ofiarę. W XXI rzadko stawiani jesteśmy przed takimi wyborami, a dzięki tego typu książkom mamy okazję wziąć udział w ćwiczeniu myślowym: co byśmy zrobili na miejscu bohaterów? Bez książek, które pobudzają nasz strach, stajemy się mniej czujni zarówno wobec siebie, jaki i rzeczywistości.

    Druga część odpowiedzi na pytanie, po co dziś pisać o Zagładzie, zwykle wygląda u mnie tak, że zwracam uwagę, na inną perspektywę, a precyzyjniej, na nowe perspektywy, które pojawiają wraz z upływem czasu. Inaczej pisało się o Zagładzie tuż po wojnie, inaczej po procesie Eichmanna, inaczej dziś, kiedy mamy za sobą Rwandę czy Srebrenicę. I mimo, że wydaje się, że już więcej do tematu dodać się nie da to, jednak „jakaś opowieść może zostać dodana do poprzedniej i zmienić jej znaczenie, otworzyć przed nią inną drogę, przestawić opowiadającego i jego historię na nieprzewidziany tor” – pisze w książce „Wszystko dla naszych zmarłych” Vinciane Despert. To są te nowe perspektywy, które ujawniają się za sprawą nowych powiązań. Dzięki tym powiązaniom widzimy więcej. Despret pisze też, żeby „uczynić z historii matrycę narracyjną. Maszynę do mozolnego wytwarzania kolejnych opowieści, matrycę dla opowieści, które powstają z poprzednich i tym samym łączą się ze sobą, ale nie jedną nicią, lecz w taki sposób, że tworzą tkaninę – można by to nazwać pisaniem w trzech wymiarach; z każdego punktu osnowy może zrodzić się nowy kierunek narracji. Każdy splot, który się tworzy, prowadzi do kolejnego lub do innego, zależnie od zbieżności motywów”. Despert nie pisze tu o Zagładzie, zajmuje się w swojej książce zmarłymi, ale jej uwaga jak ulał pasuje do tego tematu i do pisania o historii w ogóle. Podsumowując jednym zdaniem: dzięki nowym powiązaniom i perspektywom widzimy więcej, rozumiemy więcej i być może dzięki temu wyciągamy lepszą naukę.

    A poza tym ta sama opowieść opowiadana na nowo współczesnym dla czytających językiem i w nowoczesnej formie ma szansę łatwiej dotrzeć do szerszego grona czytelniczek i czytelników niż opowieści sprzed sześćdziesięciu czy pięćdziesięciu lat.

  • Literatura piękna

    Pociągająca i odpychająca „Krawędź”

    Bardzo podobał mi się ten zbiór opowiadań Lidii Yuknavitch. Po pierwsze, dlatego że autorka bardzo pomysłowo zaprzęga literaturę do opowiadania o aktualnych problemach społecznych. Z tematów, które znamy z gazet, magazynów (migracje i uchodźcy, handel narządami i narkotykami, przemoc w związkach, prostytucja) Yuknavitch tworzy krótkie zaskakujące opowiadania osadzone w znajomym nam świecie, ale jakby wywróconym na lewą stronę, dziwnym, surrealnym. A może powinienem powiedzieć „niesamowitym”? To słowo wydaje mi się kluczem. Zaraz o nim.

    Ale najpierw jeszcze o pomysłowości Yuknavitch, która kojarzy mi się z innym autorem i inną autorką książek znanych w Polsce. Najpierw – Keret. Nie raz czytając „Krawędź”, łapałem się na myśli, że czytam fabułę jak z opowiadań Etgara Kereta. Zaskakującą, podającą ograny już temat z oryginalnej perspektywy, wykorzystującą ironię, gorzki żart, ale przede wszystkim wprowadzającą do realistycznie zbudowanych światów wątki nierealne, jak ze snów, ale takich, jakie śni się w chorobie i wysokiej gorączce. Tylko że inaczej niż Keret Lidia Yuknavitch zdecydowanie większą uwagę poświęca językowi, jego udziałowi w budowaniu historii. I tu bliżej jej do polskiej autorki, Joanny Rudniańskiej, która w zbiorze „Ru Ru” trochę podobnie do Yuknavitch bierze na warsztat temat „gazetowy” i przeciąga go przez swój literacki filtr, tworząc w opowiadaniach uniwersalne metafory, a do ich budowania wykorzystując pracę w języku – taką, jaką przy pisaniu wierszy podejmują poeci. Niektórym tekstom Yuknavitch blisko jest do poezji. Niektóre rozdziały to właściwie proza poetycka, np. „Kobieta, która wychodzi”.

    Najciekawsze jest jednak to, jak autorka tego zbioru opowiadań patrzy na temat i swoje bohaterki (bo krawędź to przede wszystkim opowieść o kobietach) oraz co z podejmowanych tematów wydobywa. Jak już napisałem, Yuknavitch zagląda na lewą stronę świata, patrzy na jego zmechaconą podszewkę. Interesuje ją to, co „niesamowite”. Ale nie po to, żeby się temu dziwić, ale żeby zbliżyć się do „niesamowitego” i spróbować bliżej poznać. Tę myśl autorka wyraża w opowiadaniu ”Jedenaste przykazanie” i wydaje mi się, że jest ona kluczowa dla całego zbioru opowiadań. Yuknavitch szuka niesamowitego na marginesach (społeczeństwa), przy granicach (prawa, norm społecznych), w pobliżu krawędzi (żyć swoich bohaterów). Pokazuje nam nas samych, nasze zepchnięte w podświadomość lęki i pragnienia, nie raz próbuje przybliżyć tych, których odepchnęliśmy od siebie i wyparliśmy ze świadomości. Prowokuje nas, tropi paradoksy naszych żyć. Przeciekawa to wyprawa, bo i pociągająca, i odpychająca.

  • Czytanie i pisanie

    Dzień, w którym z Izbicy zniknęli Żydzi

    28 kwietnia 1943 roku. Dzień, w którym z Izbicy wywieziono ostatnich Żydów. 78 lat temu. Tak ten dzień opisuję w książce:

    „Budzą go strzały z karabinu. Zeskakuje ze strychu garbarni, gdzie spał na podłodze. Czuje szarpnięcie w kręgosłupie. Biegnie do kryjówki. To kopana nocami jama przylegająca do zachodniej ściany zakładu. Może pomieścić wielu ludzi.

    Po chwili w środku jest już gorąco i duszno. Ludzie oddychają z trudem. Słyszą krzyki i strzały. Trwa akcja. Esesmani przeszukują teren. Biorą kilku Żydów, którzy nie zdążyli się ukryć.

    Po wyjściu Niemców do polowania przystępują miejscowi. Mają więcej doświadczenia, wiedzą, że garbarnia jest podejrzana.

    Tojwi słyszy głosy: – Muszą tutaj być, muszą…

    Esesmani wchodzą jeszcze raz. Ktoś tłumaczy łamanym niemieckim, że Żydzi na pewno gdzieś tu są, trzeba tylko starannie poszukać. W kilku miejscach zrywają deski ze ścian, ale nikogo nie znajdują. Ukryci czują ulgę. Ale wtedy do roboty biorą się Polacy. Planowo, metr po metrze. Tojwi myśli, że ktoś musiał zauważyć, jak kopali kryjówkę, bo są zbyt pewni, że coś tu znajdą. Deski spadają na podłogę. Słychać coraz głośniejsze uderzenia młotków i kilofów. Serca ukrywających się łomoczą. Do kryjówki zaczyna wpadać światło. Zaraz ich zobaczą. Deska sprężynuje, odbija się, wraca do ściany, nie chce spaść. Ale oni już wiedzą, widzą. Uderzają mocniej, Tojwiemu wydaje się, że robią to jakby ze zdwojoną siłą. Deska odpada. Potem tylko: – Raus! Schnell!

    Jeden po drugim wychodzą na podwórze. Tojwi spostrzega, że zgubił lewy but. Jakiś Niemiec pozwala mu się po niego cofnąć. W jamie wciąż kryje się kilka osób. Chłopiec wraca na zewnątrz z butem. Esesman wrzuca do jamy granat.

    Przed garbarnią Tojwi widzi swoich izbickich sąsiadów. Uśmiechają się do Niemców pokornie. Tak to zapamięta. Po latach napisze we wspomnieniach: „Przyglądali się nam nasi polscy sąsiedzi. Niektórzy ze współczuciem, niektórzy z zadowoleniem. Była piękna wiosna”.

    Trzy dni po Wielkanocy.

    Fiszel Białowicz, jego brat Symcha i siostry, Rywka, Brancze i Toba, też wpadają tego dnia w ręce Niemców. Matka zginęła wcześniej. Jeszcze chora trafiła prawdopodobnie do jednej z ostatnich grup rozstrzelanych na cmentarzu. Gdy jej dzieci wychodzą z kryjówki prowadzone przez strażników, gapie klaszczą i wołają: „Brawo!”.

    Potem, kiedy idą przez miasteczko, Fiszel domyśla się, jak mogli zostać znalezieni – miejscowi na czworakach przykładali ucho do ziemi i tak polowali na żydowskich sąsiadów. Otoczeni ukraińskimi wartownikami Żydzi czekają na zakończenie akcji. Wieje wiatr. Podmuch powietrza gasi zapałkę, którą jeden z pilnujących chce zapalić papierosa. Zniecierpliwiony podnosi kołnierz, odwraca się od wiatru.

    – Teraz albo nigdy… – myśli Tojwi”. Publikuję ten fragment dziś 28 kwietnia 2021 roku przed godziną 12:00 i wyobrażam sobie, że wtedy w 1943 roku o tej porze Żydów w Izbicy już nie było.

  • Czytanie i pisanie

    List od Pana X. „Dziadkowie moi byli antysemiccy. Trafił im się wnuk filosemita”

    Napisał do mnie Pan X. Jego nazwisko nie jest dla tej historii istotne. Pan X wyznał, że w latach 80. i 90. XX wieku każde wakacje spędzał w Izbicy w budynku, który kiedyś należał do Żydów. Dom należał do babci i dziadka pana X, których nazwisko również brzmiało X. Znam ten budynek, wspominam o nim w mojej książce, wiem, gdzie stoi, ale nie jest to dla tej historii istotne.

    Pan X pisał, żeby podziękować za książkę, którą właśnie skończył czytać (co było dla mnie bardzo miłe) i żeby powiedzieć, że historia zabawnie zatoczyła koło (co było dla mnie bardzo zaskakując).

    Najpierw wspomniał o czaszce: „Jestem Panu szczególnie wdzięczny za historię o graniu czaszką w piłkę. Historię tę opowiadał mi mój ojciec. Może był uczestnikiem tego meczu? Zmarł pół roku temu i historię tą wspomniałem w czasie jego pogrzebu – tata miał świecki pogrzeb, w czasie którego powiedziałem o nim kilka słów. Wkleję tutaj fragment”.

    Wkleił: „W latach 90. tata opowiedział mi o jednym wydarzeniu ze swojego wczesnego dzieciństwa, z wczesnej podstawówki. Opowiadał o tym, mając ponad 40 lat, ale w czasie, gdy to mówił, widać było, jak bardzo ma obciążone sumienie tym wydarzeniem, choć opisywał fakty z dalekiej przeszłości. Opisał mi, jak wracając ze szkoły z kolegami, znaleźli na zaniedbanym cmentarzu żydowskim czaszkę, której użyli do zabawy, symulowali grę w piłkę. Mówił, że panowała ogólna wesołość i że świetnie się bawili, ale że przez te wszystkie lata nie mógł pogodzić się z tym, że w tych czasach i w tym środowisku, w którym wydarzyło się jego dzieciństwo, panowała atmosfera, w której zabawa tą czaszką uchodziła za akceptowalną, bo przecież to nie był nasz człowiek. Zwłoki naszych były godne szacunku, zwłoki obcych mogły posłużyć do zabawy. Gdybyśmy znaleźli tą czaszkę na naszym cmentarzu –  mówił – do głowy by nam nie przyszło, żeby to zrobić, zresztą rodzice by nas zatłukli.

    To nie był typ faceta, który mówił o uczuciach, ale ta sytuacja pokazuje, jak bardzo był wrażliwy i jak niebywale rozwiniętą miał inteligencję emocjonalną, skoro już jako dzieciak zauważył tą potworną rasistowską dychotomię, która gryzła go przez czas, gdy dorastał i potem, gdy był czterdziestolatkiem.

    Opowiedział mi o tym, abym nigdy nie zrobił nic, co obciąży mi sumienie przestępstwem nietolerancji i nienawiści.  Pomimo tego, że tata niczego nie zawinił, gryzło go to przez wiele lat i być może też ukształtowało go w człowieka, który nie miał wrogów. Nie przypominam sobie, żeby mówił, że kogoś nie lubi albo unika, choć pewnie był ktoś taki.  Z kolei dla mnie ta krótka opowieść (cała rozmowa trwała może 3 minuty) była  najważniejszą lekcją moralności i etyki, jaką odebrałem w życiu”.

    Następnie Pan X wspomniał o człowieku, którego nazwisko wymieniam w książce. Nazwisko tego człowieka brzmiało tak samo – X. „Nie wiem, kto to był” – wyjaśnił mi w mailu Pan X, dodając, że jego dziadkowie zaraz po wojnie przenieśli się z pobliskiej miejscowości do Izbicy. „Wiadomo zwolniły się domy i zajęli jeden z nich, zakładam, że prawem kaduka” – napisał. A potem dodał, że nie słyszał, żeby w miejscowości, z której przybyli jego rodzice było więcej rodzin o nazwisku X. „To musiał być ktoś z rodziny” – napisał Pan X o X, którego wymieniam w książce. X z książki był wśród tych, którzy wydawali i mordowali Żydów, którzy rabowali ich domy. „Wiem, że dziadek miał brata, z którym nie utrzymywał kontaktów – może to był on?” – napisał w mailu Pan X.

    A potem dodał: „Nie chcę zawracać panu głowy, jest pan pewnie bardzo zajętym człowiekiem. Chciałbym tylko, aby wiedział pan, że pańska książka, choć przykra, sprawiła mi wiele radości. Sam żyję z obciążonym sumieniem, ponieważ wiem, że jest wielce prawdopodobne, że moi dziadkowie w jakiś sposób wzięli udział w tym, co się działo w Izbicy. Babcia zawsze unikała odpowiedzi i ciągle wracała do jednej historii, do tego, że dziadek pomógł Grzegorzowi Pawłowskiemu (Jakubowi Herszowi Grinerowi) budować nagrobek. Pewnie Griner po prostu dziadkowi za to zapłacił. Niemniej jednak, dziadkowie moi byli głęboko antysemiccy. No i trafił im się wnuk filosemita”.

    Bo Pan X, jak wyznał w mailu, płynnie mówi po hebrajsku. Nauczył się tego języka, bo studiował hebraistykę i część swojego życia poświęcił na odczytywanie napisów na macewach pozostałych na żydowskich cmentarzach w Polsce. Ten w Izbicy to był pierwszy cmentarz przeczytany przez Pana X.

    „Zabawnie zatoczyło się to koło. Nie wiem, czy przez wpływ Izbicy” – napisał Pan X.

  • Czytanie i pisanie

    Chłopiec z okładki mojej książki

    Na okładce mojej książki „Izbica, Izbica” znalazł się portret uśmiechniętego chłopca. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę fotografię, wiedziałem, że musi trafić na okładkę. W czasie pracy nad książką tylko trzech rzeczy byłem tak bardzo pewny – tytułu, pierwszego zdania i właśnie tego zdjęcia.

    Autorem portretu chłopca jest Max Kirnberger, niemiecki żołnierz, który w 1940 roku przyjechał do Izbicy. Urodził się w 1902 roku jako syn urzędnika pocztowego. Przed wojną był nauczycielem w szkole dla niesłyszących w Straubing koło Ratyzbony. Pasjonował się fotografią i historią sztuki, ale nie był w tych dziedzinach profesjonalistą. Do Polski trafił jako oficer Wehrmachtu pracujący w dziale łącznościowym. Miał ze sobą aparat. Robił nim zdjęcia w Rzeszowie, Zamościu, Lublinie i Izbicy. W 1942 roku z powodu choroby wrócił do Niemiec, a po wojnie ponownie pracował jako nauczyciel. Zmarł w 1983 roku.

    „Zostawił po sobie 490 kolorowych negatywów pochodzących z lat 1937–1941” – czytamy we wstępnie do albumu „Lublin 1940. Fotografie getta” wydanym kilka lat temu. „Cała kolekcja znajduje się w zbiorach Deutches Historisches Museum w Berlinie”.

    Zdjęcia wykonane w Izbicy pochodzą z 1940 roku – choć w niektórych źródłach można znaleźć datę 1941. Polscy historycy są jednak pewni, że Kirnberger fotografował rok wcześniej. Mamy więc możliwość zobaczyć, jak wyglądała Izbica w początkowych miesiącach wojny. Na zdjęciach są więc jeszcze przedwojenni mieszkańcy Izbicy. Zdjęcia pochodzą najprawdopodobniej z wiosny. Można je oglądać na stronie Ośrodka Brama Grodzka: http://teatrnn.pl/ikonografia/galeria_ikon/galeria/25?page=0

    Kim jest chłopiec z okładki mojej książki? Nie wiadomo. Nie jest nim z pewnością Tojwi Blatt, który w 1940 roku miał 13 lat. Chłopiec wygląda na mniej niż 10. Czy jest nim Rysiek Adamczyk, inny bohater mojej książki? A może to młodszy brat Tojwiego – Hersz? Lubię tak czasem o nim myśleć. Wiek mniej więcej się zgadza.

    Jednak przede wszystkim ten chłopiec jest dla mnie kimś w rodzaju izbickiego everymena. Anonimowość nadaje mu cechę uniwersalności. Może być Tojwim, Ryśkiem, Fiszelem Białowiczem, księdzem Pawłowskim, może być Żydem lub katolikiem. Może być każdym naraz. Symbolizuje po trochu wszystkich bohaterów mojej książki. Uśmiecha się, a ten uśmiech wobec rzeczywistości opisanej w książce jest trochę surrealistyczny, intrygujący, niejednoznaczny. Może uśmiecha się na ostateczne zwycięstwo życia nad śmiercią?

  • Literatura piękna

    Impotencja i bierność mężczyzn w męskich światach „Shtisela” i „Przysięgi wierności”

    „Przysięga wierności” Agnona trochę jak „Shtisel” Netflixa. Dlaczego? Obie te opowieści odczytuję jako historie o niesprawczości, bezradności, jakimś rodzaju impotencji mężczyzn w świecie przez mężczyzn zdominowanym, w świecie skrojonym przez mężczyzn dla mężczyzn.

    W „Przysiędze wierności” oglądamy Jaffę i Kraj Izraela sprzed powstania państwa Izrael. Głównym bohaterem książki jest Jacob Rechnitz, młody doktor, botanik, który przyjeżdża do Jaffy, uczy w szkole i dorabia udzielając dodatkowych prywatnych lekcji. Jacob szybko zaprzyjaźnia się z sześcioma kobietami, z którymi chadza na spacery i rozmawia o wszystkim i niczym.

    Pewnego dnia do Jaffy przyjeżdża ze swoim ojcem kobieta – była przyjaciółką Rechnitz z dzieciństwa. Jako dzieci Jacob i Szoszana przysięgli sobie, że bez względu na wszystko, kiedy dorosną, wezmą ze sobą ślub.

    Jacob i Szoszana pamiętają o przysiędze. Ale czy będą razem? Tego nie zdradzę. Powiem tylko, że według mnie kluczem do tej miłosnej historii jest powracający refren – jedyna fraza, która w książce się powtarza – kilkukrotnie Rechnitz zamiast działać, zamiast podejmować ważne decyzje, swoje sprawy „zostawia czasowi” i „wraca do swoich zajęć”.

    Rechnitz to bohater, który jest bierny. A przecież powinien działać. W czasach, w których żyje, tacy mężczyźni jak on, kierują światem, są jego liderami. Taki przynajmniej jest archetyp. To mężczyźni zdobywają kobiety, tymczasem Jacob zamiast zdobywać, gubi się. To mężczyźni rozwijają się zawodowo, tymczasem Jacob zamiast robić karierę za granicą, zapomina o wyjeździe. Stoi w miejscu, zarówno jeśli chodzi o jego pracę, jak i sprawy sercowe.

    W „Przysiędze wierności” to kobiety mają sprawczość. To Szoszana, jeszcze jako dziewczynka, przewodzi rytuałowi zawierania tytułowej przysięgi i to ona, już jako dorosła, przypomina o przysiędze. To ona prowokuje Jacoba do złożenia konkretnej deklaracji matrymonialnej. Nawet kwiaty, które w prezencie Jacob wręcza Szoszanie, organizują mu przyjaciółki. Wreszcie to przyjaciółki wiodą Jacoba nad morze i jak gdyby reżyserują finałową scenę. Jacob tylko podąża tam, gdzie inni prowadzą go za rękę.

    Podobnie sytuacja wygląda w serialu „Shtisel”. W ortodoksyjnym świecie chasydzkich Żydów, w którym rola kobiet została z pozoru ograniczona do roli żony i matki, mężczyźni okazują się postaciami zagubionymi, bezradnymi jak dzieci. Szulem nie potrafi odnaleźć się po śmierci żony, jest stanbowczy wobec syna, ale bezradny wobec swoich problemów. Akiwa, syn Szulema, miota się między spełnianiem swoich marzeń o byciu artystą, a wypełnieniu roli narzucanej mu przez społeczność. Lipa, mąż Giti, to chyba największy nieudacznik, próbuje zgrywać silnego i zdecydowanego, ale wszystko psuje i nie potrafi zrobić nic, jeśli nie wspiera go żona.

    Bo podobnie jak „Przysiedze” także w „Shtiselu” to kobiety reżyserują życie, mają w rękach sprawstwo. To one podejmują decyzje, które mają realny wpływ na życie. To kobiety rzucają Akiwę, a nie Akiwa je. W końcu to jedna z nich wręcz popycha go do małżeństwa, on tylko się godzi. To Giti, nie Lipa, jest głową swojej rodziny. To Ruchami stara się stworzyć rodzinę ze swoim mężem, który wstaje rano tylko po to, żeby studiować święte księgi.

    I choć obie te historie, i tą serialową, i tą książkową, dzielą lata świetlne, bo „Przysięga wierności” to opowieść o Kraju Izraela na początku XX wieku, a „Shtisel” o Izraelu w XXI, w obu mężczyźni są tacy sami.

  • Literatura piękna

    „Przestworzone rzeczy” to tłumaczeniowy fajerwerk, popis Łobodzińskiego

    To coś nietypowego, poszerzającego wyobraźnię i do tego świetnie przetłumaczonego. Chodzi o „Przestworzone rzeczy” Johna Lennona w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego.

    I od Łobodzińskiego zacznijmy, bo ta książka to tłumaczeniowy fajerwerk, mistrzostwo świata, popis kreatywności.

    Dlaczego? Bo książka Lennona to takie „Lucy in the sky with diamonds” oraz „Strawberry fields forever” razem wzięte, tylko że zamiast piosenek mamy krótkie opowiadania, historyjki i rysunki.

    Lennona się nie ogranicza. Puszcza wodzę fantazji, opowiada przestworzone rzeczy, groteskowe do szpiku kości, a do opowiadania używa równie nieskrępowanego języka. Filip Łobodziński nad tym wszystkim nadąża i co więcej wkłada w tę książkę siebie, wór swoich kreacji językowych, którymi musi zastępować nieprzetłumaczalne na polski angielskie frazy.

    Książka składa się właściwie z trzech książek, które Lennon wydawał w latach 1964-65. Są to krótkie groteskowe prozy. Zabawne. Być może na dłuższą metę nużące, bo bardzo intensywne, często korzystające z tego samego konceptu zabawy językiem. Ale są to teksty, które znakomicie uwalniają wyobraźnię czytelnika, uczą nieskrępowanego, nieposkromionego myślenia, wymyślania, czytania rzeczywistości.

    Polecam przede wszystkim, jako ćwiczenie wyobraźni.

  • Literatura piękna

    „Kodeks pomylonych”, czyli najlepsza książka poetycka, jaką czytałem w 2020 roku

    Nowa książka Bronki Nowickiej, laureatki Nike sprzed kilku lat, to zbiór próz poetyckich o świecie Pomylonych i Normalnych. Premiera tej książki odbyła się w październiku. Wydało ją Biuro Literackie.

    No i mamy ten świat podzielony na Normalnych i Pomylonych, który w swoim podziale jest już całkiem ciekawy i prowokuje refleksję nad tym, czym jest norma, jak można arbitralnie stwierdzić, że coś już leży poza normą. Ale nie o tym chciałem.

    Dla mnie najciekawsze jest to, że u Nowickiej dużo jest z Schulza. Nowicka podobnie jak Schulz stwarza w tej książce swoją własną mitologię świata. Większą część książki stanowią prozy o stwarzaniu rzeczy, po prostu. Rzeczy, które znamy, które są z naszego świata, ale Nowicka opisując proces ich powstawania (oka, wiatru, ptaka, psa) tworzy nową Ksiegę Rodzaju, nowy mit na ich temat. Dodatków ten opisywany proces powstawania, tworzenia, a może raczej instrukcja, jak tworzyć rzeczy, pozwala zobaczyć opisywane obiekty z zupełnie innej perspektywy, pozwala dotrzeć do ich ukrytej, nowej istoty, nowego potencjału znaczeń. Inaczej po tekstach Nowickiej spojrzymy na spowszedniałe obiekty, żywioły, części ciała itd. To samo robił Schulza, a Nowicka trochę z narzędzi Schulza korzysta.

    W „Sklepach cynamonowych” Już na pierwszej stronie pierwszego opowiadania Schulz pisał np. o „wodorostach jarzyn, niby zabitych głowonogach imeduzach” pozwalając nam w ten sposób dostrzec w zwykłych warzywach niezwykłe, nieoczywiste pokrewieństwo z odległym światem oceanu. To jest surrealizm. Nowicka robi podobną rzecz. Pisze: „Kulkę kwiatu bawełny nasącz wodą. Już z tego możesz uzyskać nie najgorsze oko”. Albo o kurzu, ta o kurzu: „Kiedyś był naskórkiem łuszczącym się z Boga, otartym tynkiem planety w budowie”. Mamy tu ciekawe połączenia dwóch różnych światów, które pozornie do siebie nie pasują, bo gdzie bawełnie do oka, gdzie kurzowi do Boga i planet. A jednak połączone dają bardzo ciekawy efekt, pozwalają dostrzec nowe właściwości, nową istotę rzeczy, które już znamy. I to jest bardzo ciekawe. Dlatego ta książka tak mi się podoba.

    To jest najlepsza książka poetycka, jaką czytałem w 2020 roku. Bez wątpienia.

  • Eseistyka

    Pierwsza książka Olgi Tokarczuk po Noblu. Kilka słów o „Czułym narratorze”

    Przeczytałem i bardzo dużo wyniosłem z tych esejów. Chociaż nie były to teksty, które coś dla mnie zmieniły – tzn. nie spojrzałem dzięki nim inaczej na twórczość Tokarczuk, albo nie zmieniłem sposobu patrzenia na czytanie i pisanie książek. Eseje Tokarczuk pozwoliły mi za to głębiej zanurzyć się w świat nobliski, lepiej zrozumieć źródła jej twórczości i dokładniej przyjrzeć się procesowi czytania, a przede wszystkim pisania.

    Bo jest to książka przede wszystkim o tym, jak na pisanie patrzy Tokarczuk. Ale nie jest to książka wyłącznie o pisaniu. Pierwsze eseje to raczej coś w rodzaju wprowadzenia do filozofii Olgi Tokarczuk. Noblistka wykłada w nich jak patrzy na świat. Potem jest tekst o tłumaczach. Dosyć znany, pewnie cześć z was już go czytała. Dopiero od 93 strony Tokarczuk pisze już wyłącznie o czytaniu i tworzeniu opowieści. Zwięczeniem tego zbioru jest wykład noblowski wygłoszony przed rokiem w Sztokholmie.

    Wykładu słuchałem już w 2019 roku, potem czytałem go, kiedy opublikowała Wyborcza. Teraz, kiedy czytałem go na końcu tej książki, mogłem spojrzeć jeszcze głębiej w tego treść, jeszcze lepiej zrozumieć przesłanie, a to dlatego, że wcześniejsze eseje zamieszcone w tym zbiorze bardzo dobrze przygotowują na przeczytanie tego ostatniego tekstu.

    Nie uważam jednak, że to właśnie mowa noblowski jest w tym zbiorze najlepszym i najważniejszym tekstem. Ale ten esej chyba najlepiej podsumowuje twórczość i filozofię Olgi Tokarczuk.

    Polecam tę książkę tym, którym zależy przede wszystkim na lepszym zrozumieniu tego jaki i dlaczego Tokarczuk pisze tak, jak pisze. Jeśli sami chcecie pisać lub już piszecie, warto przeczytać tę książkę, nie dlatego, że znajdziecie w niej techniczne wskazówki, jak tworzyć powieści, ale dlatego, że Tokarczuk szczegółowo tłumaczy proces twórczy, jego metafizykę i psychologię. Niewiele jest tekstów, które w ten sposób spoglądają na pisanie.